Polak mądry po szkodzie

Całą tragedię tego świata, pomieściłabym w słowach a mogłem. Skoro mogłeś, czemuś nie zrobił?

Zanim przeprowadziłam się na studia do Warszawy, wychowywałam się w niewielkim miasteczku nad Bałtykiem. Sezon wielkimi krokami zbliża się ku końcowi, a w sieci, jak zwykle o tej porze, w pocie czoła Ci Niezadowoleni wystukali trochę błota. Błota, które mnie nie tyle boli, bo to słowo za duże, ale najzwyczajniej w świecie doprowadza do szewskiej pasji.

DROGO. Trzy, dwa, jeden, START! Ryba droga, nocleg drogi, pamiątki drogie, dziura w drodze (a jak podwozie uszkodzę, kto mi zapłaci?!), sklepy drogie – no kto to widział, żeby pół litra czystej 25 złotych kosztowało?! I wyliczają w setkach, tysiącach, przeliczają je na dni, obliczają gęstość wydatków, robią analizy, wyciągają wnioski, a wśród nich jeden nadrzędny: nie dość, że ŹLE, to jeszcze DROGO. I mówią, że za te pieniądze, to MOGLI za granicą wypoczywać. Realia Bałtyku znane są nie od wczoraj, nie od dziś, tylko od lat wielu. Co zatem popycha ludzi do tak kuriozalnych decyzji? Czy istnieje w nas wewnętrzny imperatyw, który pod groźbą kary nie do odżałowania nakazuje taką formę urlopu, a nie inną?

Nazywanie nadmorskich przedsiębiorców Januszami biznesu, to konstrukcja płytka i prostacka zarówno w swej formie i treści. Bo często ci Janusze właśnie, to największy dochód gmin nadmorskich - w wielu przypadkach pozadłużanych (gwoli ścisłości, nad morzem prócz Trójmiasta, Mielna i kilku innych, większych kurortów, mających zdecydowanie bardziej rozwinięte zaplecze turystyczno-rozrywkowe, leżą też inne miejscowości).

Na sezon nad morzem się czeka. Ludzie czekają, bo mogą zarobić nieraz całkiem porządne pieniądze, w stosunkowo krótkim czasie. Na sezon czekają młodzi, bo mają okazję w wakacje zarobić na coś, o czym marzyli w ciągu roku, a nie mogli sobie na to pozwolić. Na sezon się czeka, bo się dzieje.

Kiedy jeszcze mieszkałam nad morzem, pracowałam przez trzy sezony z rzędu w sklepie. I to był czas, kiedy nie mogłam odpowiedzieć sobie na jedno pytanie: czym tak właściwie jest instytucja urlopu? Wszędzie pojawiał się temat pieniędzy, jakby w kompletnym amoku ludzie wybierali miejsce do odpoczynku, jakby na etapie planowania, zapomnieli o kluczowym: o rozeznaniu. I pominęli, że prócz jakiejś zwyrodniałej formy konsumpcji, za którą oczywiście trzeba zapłacić, istnieje jeszcze plaża, woda, wydmy i lasy. I jod, jod w powietrzu.

I wioska, że te parawany, parawany obok parawanów, jakby ludzie nie wiadomo, co ukrywali, parawany na piasku, parawany w wodzie, parawany na mieliznach, o parawan idzie się zabić. Jestem w stanie zagwarantować, że nie trzeba tego oglądać. A gdyby tak zapytać rybaka, kierowcy, handlarza, kucharza: panie, w którą stronę pójść, żeby trochę spokoju zaznać? Pokazałby palcem pewnie kierunek, drogę objaśnił, trochę historii opowiedział, bo ludzie lubią gadać. Lubią, jak się ich człowiek radzi, jak się posłucha i ze wskazówek skorzysta.

Z moim przyjacielem od dłuższego czasu obserwujemy kulturę, modę i zachowanie ludzi u nas, na Pomorzu Zachodnim. I robimy to z ogromną przyjemnością, bo jest to tak specyficzny mikroklimat, którego nigdzie indziej nie uświadczysz.

Moja znajoma, która jest z Warszawy, określiła, że morze to stan umysłu. Morze jest nieprzewidywalne i w swej nieprzewidywalności piękne i uspokajające.

Więc gdyby tak po pierwsze poznać – szerzej i głębiej?
I gdyby tak po drugie: siły na zamiary?
Trwa ładowanie komentarzy...