Banan, jaki jest, każdy widzi

Gdzieś w stereotypie głupiego Amerykanina, pominięto geniusz prostoty.

Jest nuta (nutka to zbyt nikłe słowo na oddanie rozmiarów – głównie paczek z jedzeniem – i odległości tu panujących) szaleństwa w tym całym ułatwianiu sobie życia i stosowaniu rozwiązań, które mnie nie przyszłyby do głowy, a szkoda, bo może powinny?
Po pierwsze banany. W Polsce nauczyłam się raczej tego, że parafrazując, banan, jaki jest, każdy widzi. W Chicago okazało się, że jednak niekoniecznie.
Stoisko z samymi bananami było średnio wielkości połowy stoiska z warzywami, jakie można spotkać w dość dużym, polskim supermarkecie. Banany podzielono: banany gotowe do spożycia, banany, które będą gotowe do spożycia za jakieś dwa, trzy, dni oraz banany prawie że zielone, które spokojnie możemy odłożyć na kredens w kuchni na jakieś pięć dni, nie martwiąc się, że za chwilę okażą się czarną breją.
Gdzie w tym geniusz?
Ja widziałam, jak ludzie na moich oczach banany traktowali i nie ukrywam, cholera mnie bierze za każdym razem, kiedy w sklepie przekopuje się ogromny karton, rzuca te owoce na lewo, prawo, do góry, do kiwi, do jabłek. Wszędzie. A banan, jaki jest, każdy wie – delikatny.
Tutaj ludzie do bananów podchodzą spokojnie (nie ma tej mentalności, że co spod spodu to lepsze), biorą z góry i jedyne pytanie, na jakie muszą sobie odpowiedzieć, to po prostu: kiedy na tego banana weźmie mnie ochota?
Po drugie, moje ulubione, trawniki. Niejeden mieszkaniec o siebie nie dba tak bardzo, jak dba o swój trawnik przed domem. Niekoniecznie własnymi rękoma, bo od strzyżenia trawników jest dwuosobowa ekipa, a od podlewania – specjalnie zakończony wąż ogrodowy, który całą robotę wykonuje sam.
Po następne: bilety, a raczej ich brak. Przy wejściu do autobusu uiszcza się odpowiednią opłatę i to wszystko (za pierwszym razem stałam chyba z dwie minuty z wyciągniętą ręką, czekając na bilet). Nie ma przepychania, że ja wejdę tyłem, a ja przez środek. Gęsiego, gęsiego, drzwiami od kierowcy, stoimy, czekamy na swoją kolej, beze mnie nikt nie odjedzie. Siadamy, kucamy, a kanar nie kręci się między nogami.
Jadę więc do supermarketu, kupuję banana. W internetach burza, dyskusja, że Popek z twarzą taką, a taką (pytam się, po co tę ranę rozdrapywać bardziej niż jest rozdrapana?), hejty z lewa i prawa, spoty przeciw dopalaczom (za które w rzeczywistości dziękuję, bo nadal istnieje coś, co jest w stanie mnie zaskoczyć), po drodze gdzieś ktoś kogoś zabija, do kogoś strzela, kogoś łapią, na stronach odgrzewają artykuły, w Warszawie szaleją nawałnice, a mama znad morza dzwoni i pyta: gdzie to lato?

Siedzę sobie z zielonym bananem, w klimatyzowanym pokoju, czytam różne bzdury i z zadowoleniem patrzę, jak za oknem sam podlewa mi się trawnik.
Trwa ładowanie komentarzy...